Urodowy Terror
Body positive to bardzo popularne ostatnio hasło. Ddobre i pozytywne.

Mamy lubić i szanować swoje ciało. Akceptować je.

Takie podejście zdawałoby się, ma na celu uświadomienie nam, że to my i nasze potrzeby jesteśmy ważni a nie to co wmawia nam otoczenie. Nieważne jaki nosisz rozmiar, ważne żebyś dobrze czuła/czuł się we własnym ciele. Pełna swoboda. W końcu każdy może być sobą, takim jakim jest.

Brzmi jak świat idealny! Ale?

Ale….pamiętaj jednak by o siebie dbać. Najlepiej robić peelingi, wcierać kremy, masować, pić dużo wody itp. W końcu możesz mieć ciało w innym rozmiarze niż 36 (o łaskawcy!) ale powinno być ono zadbane. Najlepiej gładkie i bez cellulitu. Lepiej się nie opalać, ale dobrze by miało właściwy koloryt (właściwy, czyli jaki???)…

Generalnie to bądź jaka/jaki chcesz, czytaj: nie chuda/y, więc pewnie gruba/y, możesz nawet mieć rozmiar 40 (wtf /?!?!?!) …ale na litość boską miej to ciało zadbane.
Czyli mniej więcej przekaz jest taki: „miej sobie tyłek takiej szerokości, jakiej tylko chcesz, może być nawet szeroki. Ale żeby tam grama tłuszczu nie było! Jak to zrobisz, to już Twoja sprawa, my tylko podajemy inspiracje”.
Ja widzę to tak, że pod pretekstem wyjścia z jednego narzuconego kanonu, wpychamy się w kolejny. Różnica jest taka, że teraz nie musisz się głodzić i być chudym, ale musisz o siebie dbać. Wolno mieć Ci dowolny rozmiar, ale masz trąbić wszem i wobec, że dbasz, smarujesz, masujesz. Poniekąd możesz żyć jak chcesz, ale pod warunkiem, że o siebie dbasz. I tym sposobem z jednego „urodowego terroru” weszliśmy w drugi.

Bo może chcę nosić rozmiar, który mam i wcale o siebie nie dbać? Nie chodzi o to, że dbanie o siebie jest złe. Bo nie jest. Ja uwielbiam dbać o swoją skórę i żeby nie wiem co, nie wyobrażam sobie nie nawilżyć skóry po kąpieli. Ale robię to od prawie jakiś 25 lat bo tak lubię, a nie dlatego że mówią mi, że tak powinnam bo inaczej wyjdzie, że jestem zaniedbana, czyli źle. A jeśli nawet bym była to co z tego?

Zwróćcie uwagę, że pisze to do Was laska, która dbaniem o wizerunek innych zarabia na życie! Powinnam wszystkim mówić, że wizerunek jest super ważny i każdy zdrowo myślący człowiek powinien się przejmować tym jak wygląda. Dzięki temu będziecie walić do mnie drzwiami i oknami, a ja będę pływać na przysłowiowym bananie*.

Doskonale wiem, jaką siłę ma świadome kreowanie swojego wizerunku, jak nasz wygląd wpływa na nasze samopoczucie oraz to, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Ale! Wiem też, że można szczerze totalnie nie przejmować się tym jak się wygląda. Albo nie chcieć mieć tzw. stylowych ubrań, bo super stylowo czyli po swojemu czujemy się w tym co mamy. Można nie zastanawiać się nad tym, czy koleżanka myśli, że mamy brzydkie albo ładne jej zdaniem spodnie, bo to jej zdanie na temat tych spodni i nie musi nas ono obchodzić. Taka postawa jest jak najbardziej okej. Można nawet pozazdrościć tak dużej pewności siebie, że totalnie nie zastawiamy się nad tym co myślą o nas inni. Pod warunkiem, że naprawdę tak myślimy i czujemy a nie przybieramy taką pozę.

Foto: Monika Kozub / Unsplash

Chciałabym, aby potrzeba kreowania własnego wizerunku, płynęła z naszej wewnętrznej potrzeby, a nie ze sztucznie wykreowanych przez społeczeństwo i media potrzeb. Ja na serio bardzo dobrze rozumiem tych którzy tę sferę życia spychają na ostatni plan i jednocześnie czują się z tym bardzo dobrze.

Przeszkadzają mi za to bardzo mocno komunikaty sugerujące jakoby dbanie o wizerunek było jedyną słuszną drogą. Teoretycznie jest mowa o pełnej akceptacji różnych sylwetek i rozmiarów ale nazewnictwo jest stygmatyzujące. Co z tego, że dana marka produkuje ubrania w szerokiej gamie rozmiarów, jeśli ubrania powyżej rozmiaru 42 wypuszcza jako osobną linię i nazywa ją „plus size”. Plus od czego? Już sama nazwa wskazuje, że jest jakaś wersja podstawowa/standardowa a to co w tej zakładce jest niestandardowe. Doszło do absurdów gdzie modelka mająca rozmiar 38 w agencji modelek figuruje jako modelka plus size. Serio??? Tak, ja wiem, że kiedyś by jej po prostu nie było w modelingu.

Ale czy naprawdę coś takiego chcemy nazywać body positive?

Jak widać nawet pod przykrywką „body positive” kryje się kolejna pułapka wizerunkowa. A może by tak na serio dać ludziom wyglądać jak sobie chcą, a Ci którzy uznają, że w osiągnięciu tego swojego wymarzonego wyglądu potrzebują pomocy stylistki / trenera / dietetyczki / chirurga / tatuażysty - wpisz dowolne, to sobie sami znajdą kontakt. Nie potrzebna im do tego żadna presja z zewnątrz. Wystarczy dać im przestrzeń żeby mogli wsłuchać się w swoje (podkreślam: SWOJE) potrzeby, a nie te narzucane z zewnątrz.

* w moim prywatnym słowniku „pływać na bananie” to opływać w luksusy ;)